Witajcie!
Czym więcej ostatnio myślę tym mam coraz większy mętlik w głowie. Zmieniłam ginka i wreszcie trafiłam chyba na lekarza który chce nam pomóc. Niestety dziś po wizycie zaczęłam wszystko na spokojnie analizować, szukać informacji na internecie i zgłupiałam.
Mianowicie: obserwacja cyklu pokazuje że do owulacji teoretycznie dochodzi : temperatura minimalnie wzrasta, śluzu jest multum, pobolewania podbrzusza są, testy owulacyjne wychodzą pozytywne.
Niestety nie robiłam monitoringu cyklu usg. Dziś 16dc miałam za to usg kontrolne, dostałam jedynie zdjęcia bez opisu :/ lekarz robiący usg powiedział, że owulacji nie było..podłamało mnie to strasznie. Z wynikiem pojechałam do mojego ginekologa który stwierdził, że nie koniecznie lekarz robiący usg miał racje. Płynu w zatoce douglasa brak, z tego co mój gin mówił. Teoretycznie owulacja powinna być wczoraj, lub przedwczoraj. Dziś jeszcze mam bardzo dużo śluzu, brak pęcherzyka dominującego. Miesiąc temu miałam usg w 10dc i był jeden pęcherzyk dominujący 17mm, więc one sobie teoretycznie rosną. Za namową gin miałam brać luteinę na ewentualne podtrzymanie ciąży od 16dc - 25dc niestety po 8 luteinach przyszedł okres ( cykl 23dni :/). Z zaleceń na razie mam wrzucić na luz i zaczynamy od przebadania małża.
Moje pytania brzmią: Czy owulacja mogła być faktycznie? ( łudze się ciągle..bo objawy były moim zdaniem..) czy mogę coś brać we własnym zakresie? Albo jakieś badania porobić...
Wariuje..Z córką poszło nam ekspresowo, na lajcie, a teraz 8msc i cisza. Cały czas twierdzę że mam problemy z hormonami, że to one są tu winne..